Hel, Jurata, Jastarnia, Kuźnica – wszystkie te miejscowości udało nam się przejść pieszo jednego dnia. Nasze przygotowania do tej wyprawy trwały kilka miesięcy, a warunki pogodowe, choć ostatecznie sprzyjające, wcale nie zapowiadały się kolorowo. Oto relacja redakcji GikLika z tej podróży, chociaż niezupełnie… Bo pierwsze dni spędziliśmy typowo na zwiedzaniu. I wbrew pozorom Hel to nie tylko plaże i bulwary, ale i również mniej znane miejsca, również warte uwagi.
Trudno jednoznacznie mi powiedzieć, jak wpadliśmy z żoną na pomysł przebycia Helu. Nie pamiętam, skąd nam to przyszło do głowy, ale najprawdopodobniej chcieliśmy powtórzyć naszą ubiegłoroczną majówkę w Karwii, tyle że bardziej. Wtedy też w ciągu dwóch dni dotarliśmy pieszo do sąsiednich miejscowości: Jastrzębiej Góry oraz Dębek. I tak się to zaczęło.
Jednakże, zanim przejdziemy do naszej głównej podróży (a i ona nie będzie stanowić ostatniego rozdziału tej historii), opowiem wam nieco o zwiedzonych przez nas miejscach.
Szatański autobus
Podróż rozpoczęliśmy 7 lipca, korzystając z dobrodziejstwa Polregio. Niestety, wyjeżdżając ze stacji Reda, zdołaliśmy dostać się pociągiem tylko do Władysławowa. Jak się okazało, na trakcji pojawiła się awaria na tyle złośliwa, że praktycznie wszystkie pociągi musiały wstrzymać bieg. Pierwsza godzina i już pech…
Na szczęście w porę udało nam się przesiąść do PKS-u o numerze 669. I tutaj transport przebiegł wzorowo, a nawet wzorcowo, jakby to powiedział reprezentant Wodociągów Kieleckich. No, może jedne drzwi wymagały od poszczególnych pasażerów ręcznego otworzenia, lecz takie niedogodności to tyle co nic. Zwłaszcza, że kiedy już kupiliśmy pierwsze lody z pobliskiej budki, sytuacja na torach dopiero co się stabilizowała.
Drugim problemem była pogoda. Jej prognozy nie zapowiadały się pomyślnie. Miało lać przez cały tydzień. Na szczęście, ostatecznie padało wyłącznie pierwszego i ostatniego dnia, co pozwoliło nam zwiedzić komfortowo kilka miejsc.
Wracając jednak do linii 669, wiąże się z nią ciekawa historia. Powstała ona w 2006 roku, zaś jej numer symbolicznie nawiązywał do trzech szatańskich szóstek. Bo wiecie – Hel przypomina trochę słowo „Hell”, czyli Piekło. Linia stała się popularna dzięki zagranicznym turystom, którzy masowo robili zdjęcia autobusom z tymże numerem. Choć warto tu zaznaczyć, że zdaniem PKS Gdynia takie przypisanie numeru miało stanowić przypadek. Ciężko mi jednak w to uwierzyć.
Urośnięcie do rangi mema na pewno pomogło wypromować Pomorze, ale środowiska katolickie oczywiście miały z tym problem. Wiadomo, jedni z nudów idą z buta trzydzieści pięć kilometrów, a inni oburzają się o rzeczy, które nie mają żadnego realnego znaczenia. Do firmy przewozowej co jakiś czas miały wpływać skargi, a nawet groźby z tytułu „demonicznej” symboliki.
Nie zamierzam tego szerzej komentować, ale równie dobrze można zakazać pociągów, gdyż kojarzą się z pociągiem seksualnym.

Bez fok, za to z latarnią
Nie jesteśmy osobami lubującymi się w plażowaniu (choć w innej części opiszemy pewną nietypową plażę, którą polubiliśmy), dlatego zdecydowaliśmy raczej na aktywny wypoczynek. Napisałem nawet listę miejsc wartych odwiedzenia, lecz i w tym przypadku okazało się, że jej sporządzenie to jedno, a realizacja to drugie.
I tak zarówno pierwszego jak i drugiego dnia, przerażeni długimi kolejkami do Fokarium Stacji Morskiej im. Prof. Krzysztofa Skóry, zdecydowaliśmy się spasować. Dostanie się do środka zajęłoby godzinę, może nawet więcej. Pamiętam jednak, że kiedyś – jeszcze jako dziecko – rzeczywiście byłem w tym obiekcie, choć nie wiem, czy cokolwiek uległo tam zmianie. Jeżeli jednak macie cierpliwość i jesteście w stanie od rana czatować przy wejściu, pewnie będzie się wam podobać.
Jeszcze tego samego, dość deszczowego dnia udaliśmy się na szczyt Latarni Morskiej. Samo wejście na takie obiekty, przynajmniej dla mnie, czyli osoby z lękiem wysokości, zawsze stanowi nie lada wyzwanie. Chociaż, gdy już się jest na samej górze, nie ma za bardzo się czego bać. Muszę jednak przyznać, iż widok ze szczytu latarni nie był jakoś szczególnie ekscytujący, zwłaszcza przez brudne szyby i kraty.



Hel „bunkrami” stoi
Jeżeli ktoś uważał, że Hel to wyłącznie nadmorski kurort, gdzie wyłącznie zjesz świderka, zagryziesz lodem, a potem kupisz jakiegoś podrabianego pikachu ze straganu, to mocno może się pomylić. Zwiedzanie obiektów wojskowych z czasów II wojny światowej to zajęcie na przynajmniej jeden cały dzień, o ile chcesz je zobaczyć wszystkie. Nam niestety się nie udało, dlatego zastanawiamy się nad powrotem i dokładniejszą eksploracją. To kawał historii naszego kraju, zważywszy na fakt, iż Hel bronił przed atakiem Niemców najdłużej w historii wolnej Polski.
Słowo „bunkry” to jednak uproszczenia z mojej strony. Mowa także o schronach, stanowiskach artyleryjskich czy wieżach kierowania ogniem. Googe Maps trochę zawodzi pod względem wyszukiwania takich obiektów, bo choć są one tam oznaczone, ciężko do nich na tej podstawie dotrzeć. Niektóre z nich znaleźć można bardzo blisko opisanej już Latarni Morskiej, ale zdecydowana większość znajduje się w głębi lasu.
Dopiero po powrocie zorientowaliśmy się, że istnieją specjalnie wytyczone szlaki pomagające w lepszym zapoznaniu się z tymi obiektami. Odwiedzić warto także Muzeum Obrony Wybrzeża, do którego także nie zdążyliśmy zajrzeć, ale które minęliśmy podczas zdobywania półwyspu.
Klasyk powiedziałby, że „bunkrów nie ma, ale i tak jest zajebiście”, i ogólnie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Sama okolica, w której możemy poszukać tych historycznych obiektów to wydmy pełne niesamowitych roślin. Można chwilami poczuć, jakby stąpało się po innej planecie.





Instagramowe huśtawki i magiczne drzewo
Zawsze lubię pisać o miejscach idealnych do uwiecznienia na Instagramie. I choć sam nie korzystam z tego portalu zbyt wiele, myślę, że wielu przedstawicielkom płci pięknej spodobają się huśtawki znajdujące się przy samym morzu. Jest ich kilka, jednak najlepsze są te, z których bezpośrednio widać plażę i Bałtyk.
Do tego miejsca udaliśmy się z samego rana. Z jednej strony chodziło o słoneczną pogodę, z drugiej o to, aby zdążyć przed innymi. Nie udało się to przy pierwszej napotkanej huśtawce, ale druga szybko się zwolniła.
Zawsze jednak, jeśli chcecie zrobić ładne zdjęcia i uzyskać efekt jak na wyspie rozbitków, możecie uchwycić swoją drugą połówkę w kadrze przy powykręcanych drzewach. Działa to na wyobraźnię,
A skoro o drzewach mowa, w helskim lesie znajduje się również atrakcja nazywana Magiczną Sosną. Można ją namierzyć bez większych problemów. Sosna posiada nietypowe, rachityczne kształty i warto chwilę na nią popatrzeć. Podczas naszej drogi natrafiliśmy jednak na równie powykręcane drzewa i kto wie – może również kryje się w nich jakaś magia.



Rybna historia i nie tylko
Muzeum Rybołóstwa nie wydawało się nam początkowo ciekawym miejscem. Zainteresował nas jednak wygląd tego murowanego budynku, który pozornie łatwo byłoby pomylić z jakimś kościołem. Uroku dodawały również kolorowe łodzie znajdujące się na zewnętrznej części obiektu.
Mimo iż rzeczywiście dowiemy się tutaj sporo o historii rybaków zamieszkujących te tereny: ich zwyczajach, używanych narzędziach czy wspólnotowym życiu, pełno tu także ciekawostek innego typu. Dowiemy się między innymi, jakie zwierzęta zamieszkują lub zamieszkiwały Półwysep Helski, a także przeczytamy relacje osób trzecich, które w minionych czasach odwiedziły te tereny, by z kronikarską dokładnością opisać to, co zastały.
Warto też wejść na najwyższy punkt muzeum, gdyż według mnie pod względem widoków jawi się on lepiej niż latarnia, co prezentuję na poniższych fotografiach.






Kaszubskie rzeźby z drewna
Na zakończenie tej części lokacja znajdująca się bardzo blisko peronu, z którego być może zaczęlibyśmy naszą podróż, gdyby trakcja nam na to pozwoliła. Park Rzeźby Kaszubskiej oraz Galeria Rzeźby Kaszubskiej zawierają kilka ciekawych figur, do których raczej przywykliśmy w naszych stronach, bowiem na Pomorzu ich nie brakuje. Znajdziemy tu zarówno zwierzęta jak i ludzi, ale największym fenomenem jest dzieło, które pobiło Rekord Guinnessa za najdłuższą drewnianą rzeźbę wykonaną w jednym kawałku.
Jej autorem jest Robert Wyskiel, a przedstawia ona scenę ze znanej bajki Juliana Tuwima pod tytułem „Rzepka”. Choć rzeźba posiada dokładnie 15,2 metry, wyłącznie 14,37 metry zostały uznane przez londyńskie biuro rekordów. To jednak i tak wystarczyło, aby stanąć na szczycie podium.



Kolejna część: